05.10.09
Forces… Darling
Powroty. Jakkolwiek nieuniknione, zawsze wydają mi się szczególne. Może dlatego, że ekscytacji podróżą nie “psuje” nerwowe oczekiwanie na to co będzie?
W tym wypadku doskonale wiem co – parunastominutowy spacer, potem kilka pięter i duszne, ale oswojone już, mieszkanie.
Przez te kilka tygodni przywykłem do surowych warunków jakie stawia mi nowe lokum i zaczęło mi to nawet odpowiadać – wymusza pewien porządek. Mycie się to mały rytuał, gotowaniu trzeba poświęcić całą uwagę… naprawdę można się zaangażować. Nie przeszkadza mi już kurz (co trzeba, odkurzyłem) i brak ciepłej (o ile nie uruchomię piecyka) wody. Można powiedzieć, że jest… w porządku.
Mam buty. Pierwsze sportowe obuwie od jakichś 5 lat. Tego co nosiłem na W-F na uczelni nie liczę – treki sprawdzały się, ale na pewno nie były “rasowymi” butami treningowymi. Teraz trudniejsze zadanie – wyjść i faktycznie się spocić.
Podobno schudłem – trudno mi potwierdzić, ale faktycznie, musiałem dorobić dziurkę w pasku. Nie czuję się jednak fizycznie słabszy (ani, niestety, lżejszy). Co najwyżej częściej sobie folguję i nie żałuję co kilka dni chipsów czy żelek. Ale skoro mam na nie ochotę, widocznie właśnie ich potrzebuję, prawda?
Wieści o zaręczynach dotarły już chyba wszędzie tam, gdzie powinny. Wyrazy zaskoczenia i gratulacje ucieszyły mnie. Nie żebym miał wątpliwości – jestem przekonany do swojej decyzji i ogromnie cieszy mnie Jej przyjęcie pierścionka – miło jest jednak mieć świadomość, że inni Ci sekundują i trzymają kciuki.